www.drogidozdrowia.pl

OMAN 2015 (III) - EGZOTYCZNE POŁUDNIE - KRAINA KADZIDŁA

GRAŻYNA TRAUTSOLT
Przez Nizwa przejeżdżają autobusy aż z Dubaju, jadące na dalekie południe Omanu. I ja wybrałam się  do Salalah. Wersja podróży nocą pozwalała zaoszczędzić  na hotelu. Gładziutką jak stół drogą dotarłam po pokonaniu ponad 900 km do Salalah – miasta i regionu zupełnie innego niż północ kraju.

W okresie od czerwca do lipca strumienie i wodospady zasilane są deszczami - monsunem znad Oceanu Indyjskiego i nawadniają pola i doliny, zieleń eksploduje, a klimat i piękno przyrody przyciągają nie tylko turystów, ale i Omańczyków. O miejsce w hotelu trudno, ceny wzrastają trzykrotnie. Tutaj jest miło, temperatura nigdy nie przekracza 30 stopni, a na północy żar z nieba nie pozwala oddychać, może być i 50 stopni. W lutym, poza sezonem, w Salalah płaciłam za pokój najtaniej.

Samo miasto jest dość duże, to drugie co do wielkości miasto Omanu: centrum to restauracje, banki, sklepy – wiadomo. Idąc na południe w kierunku plaży dociera się do kolejnego pałacu sułtana. W Salalah urzędował ojciec obecnie panującego sułtana, co jednak nie przyczyniło się do rozwoju miasta, a nawet wprost przeciwnie. Obecnie region intensywnie się rozwija: tu gdzie były tylko piasek, pustkowia i drzewa - powstały autostrady i miasta. Wokół Salalah położone są piękne plaże z hotelami i z rozwijającą się infrastrukturą sportów wodnych. Sama widziałam stare domy przeznaczone do rozbiórki, na ich miejscu planuje się wybudowanie następnych hoteli i restauracji, rozmawiałam na ten temat z planistką pochodzącą ze Stanów Zjednoczonych, spotkaną na wybrzeżu. Idąc pomiędzy starymi, kiedyś efektownymi domami, zorientowałam się, że są one zamieszkałe głównie przez Pakistańczyków - takie slamsy bez drzwi i okien, meblami są stare i dziurawe kanapy oraz połamane krzesła. Ale nie widziałam smutnych ludzi.

Wzdłuż wody biegnie szerokie pasmo plantacji palm, bananowców, drzew granatów i papai. Tutaj też są stragany z owocami i orzechami, można na miejscu zamówić np. mleczko z kokosa. Plaża zachęca do kąpieli. Omańczycy  jednak  preferują odpoczynek siedzący, szczególnie wieczorem podjeżdżają  na promenadę samochodami, wyjmują krzesełeczka, piją kawę, herbatę, rozmawiają. Wracając już późnym wieczorem ze zwiedzania okolic (ulice i uliczki  dobrze oświetlone,  żadnych ciemności, cały, zresztą, Oman wieczorem jest jasny!) ludzie zatrzymywali mnie, abym usiadła i porozmawiała, proponowali wspólną kawę.

Na północ od Salalah rozciąga się region Dhofar (Zufar), który chociaż od XIX w. należał do Omanu, to tak naprawdę był związany z sąsiednim Jemenem. Rejon słynie z produkcji doskonałej jakości kadzidła, które kiedyś miało większą wartość niż złoto i przyczyniło się do bogactwa tej krainy, a miasto Salalah jest do dziś światową stolicą kadzidła. W przewodniku wyczytałam tajemnicze angielskie słowo: frankincense, którym określa się kadzidło i drzewa, z których się go otrzymuje. Na miejscu tajemnica się wyjaśniła.  Kadzidło (olibanum) to żywica uzyskiwana z niektórych gatunków (są ich cztery rodzaje) niskich, niepozornych, o poskręcanych konarach i postrzępionych liściach drzew (Boswellia sacra) z rodziny kadzidłowców. Po nacięciu konarów wypływa z nich aromatyczna żywica. W dawnych czasach tylko uprzywilejowane osoby mogły zbierać żywicę, np. kobiety, jako nieczyste, nie były dopuszczane do prac. Dzięki zawartości olejków żywica pali się sama wydzielając przy tym mocny zapach.

To właśnie z rejonu Dhofar była przywożona ta magiczna żywica; upojnie i dusząco (i to jak!) pachnący skarb, który zapewnił Omanowi fortunę tysiące lat przed odkryciem ropy naftowej; żywica była używana przez cały starożytny świat w świątyniach m.in. Jerozolimy czy Egiptu, gdzie kadzidło płonęło na ołtarzach bóstw, było używane w oczyszczających rytuałach i medytacjach. A w czasach, kiedy to Trzej Królowie nieśli dary Panu Jezusowi (mirrę, kadzidło i złoto), to właśnie kadzidło było najcenniejsze. A znawcy podkreślają, że to właśnie kadzidło z okolic Salalah ma najwyższą jakość.

I dzisiaj w Omanie kadzidła używa się wszędzie – pachną nim targowiska, sklepy, restauracje i hotele. Okadzają też dymem ubrania. Turyści kupują kadzielnice (burnery - )ceramiczne naczynia do spalania wonności) i kadzidła jako pamiątki, ale ja nie!  Lecz z wielką ciekawością poszłam na olbrzymi, słynny targ Al Hisn niedaleko pałacu sułtana, gdzie  jest  w czym wybierać.

Handel żywicą rozpoczął się już w VI w. p.n.e., a  apogeum osiągnął w okresie: 300 r..p.n.e. oraz 600 r. n.e. Kadzidło eksportowano drogą wodną statkami  i lądową na grzbietach osłów i wielbłądów m.in. do Arabii Wschodniej, Indii i Mezopotamii. Zwiedziłam  w kolejne dni pobytu w Salalah dwa ważniejsze ośrodki handlu kadzidłem: porty historyczne: Al Balid położony około 4 km od centrum Salalah i Sumhuram (Khor Rouri) – około 60 km na wschód. I choć ze wspaniałych niegdyś miast pozostały dziś już tylko fragmenty murów (domów, meczetu, cytadeli), oba są warte zwiedzenia. Wykopaliska obu starożytnych miast rozpoczęto w 1952 r. W 2000 r. oba miasta zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO w ramach programu „Kraina Kadzidła”. Tuż obok pozostałości Al Balid znajduje się Muzeum Krainy Kadzidła,  jest bardziej poświęcone historii regionu niż samemu surowcowi, ciekawe, ale szkoda, bo bardziej byłam nastawiona na  historię dotyczącą kadzidła. Al Balid odwiedził też Marco Polo i opisał jego świetność. W Sumhuram obok ruin miasta też jest małe muzeum. W drodze powrotnej zahaczyłam o miasteczko Taqah – starożytny port, dzisiaj senne miasteczko rybackie. Oprócz dawnego fortu, zachęcił mnie spacer wzdłuż wybrzeża,  laguna stanowi rezerwat przyrody.

Przemieszczałam się sama, korzystając z autostopu w wersji omańskiej, czyli zatrzymując samochody. Czasem sami kierowcy wypytywali mnie, czy nie potrzebuję podwózki. Do tego stopnia, że gdy chciałam się przejść – szłam drugą stroną jezdni, aby mi nikt nie przeszkadzał. Omańczycy  nie spacerują:  jeżdżą samochodem wszędzie, już o tym pisałam. Ich życzliwość każe im podwozić, nawet gdy jest „nie po drodze”, te 50 km dalej -  głupstwo.

Już pierwszego dnia mojego pobytu na południu Omanu wybraliśmy się razem z poznanym w hotelu Edwardem - Holendrem, na targ szukać transportu do Mughsail leżącego około 50 km na zachód od miasta. To miejsce odwiedza się ze względu na widoki i wodotryski. Z otworów w ziemi i skałach wybijają silnym strumieniem wody morskie. Szczeliny powstały  w wyniku wielowiekowego uderzania fal  morskich o wapienne skały. Oczywiście, w porze monsunowej wodotryski są wyższe, ale i to, co zobaczyłam, mnie zachwyciło. Pakistańczyk Selim zawiózł nas dalej drogą górską, ale po pewnym czasie baliśmy się o samochód, bo droga była żwirowa, wąska i stroma, słowem: trudna, ale widoki - cudne. Wtedy zobaczyłam po raz pierwszy większe gromady wielbłądów, które pasły się stadami i też chodziły po szosach, jak nasze krowy po wiejskich drogach. Nie ominęliśmy  położonego trzydzieści parę kilometrów od miasta Salalah grobu Hioba, bohatera starotestamentowej Księgi i postaci bibilijnej, wspomnianego aż cztery razy w Koranie, stąd wielki szacunek ze strony muzułmanów. Sam grób Hioba jest bardzo skromny, przykryty zieloną szatą w maleńkim meczecie. Ludzie się tam modlą. Weszłam po nałożeniu chusty na włosy i po zdjęciu butów. Na ścianie mauzoleum wisi drzewo genealogiczne od Adama i Ewy. Przy wejściu  w betonowej dziurze jest podobno (?) odcisk stopy Hioba. Obok – bardzo stary cmentarz, składający się z kamieni. Takie cmentarze widziałam też w centrum Salalah obok Wielkiego Meczetu i przy Al Balid.

Z Edwardem odwiedziliśmy też odległy o 70 km Mirbat, przed miasteczkiem w samym środku rozległego starego cmentarza wzniesiono biały grobowiec muzułmańskiego świętego - Bin Alego, szanowanego uczonego, który w XII w. otworzył szkołę w Mirbacie. Miasteczko Mirbat kiedyś słynęło z hodowli i eksportu koni arabskich, było więc dobrze prosperującym portem. Jedynym śladem z przeszłości są dwa pomniki biegnących koni. Miasteczko ma dużo uroku: fort i bardzo stare, ponad stuletnie budynki z ciekawymi rzeźbionymi framugami okien i drzwi. Ciekawostka: budulcem były również muszle. Atmosferę tworzą mieszkańcy siedzący na chodnikach, popijający bardzo mocno słodzoną herbatę z mlekiem i przyprawami, wiadomo, że nas poczęstowali, ale ten smak to „nie moja bajka”.

Ostatnie godziny w Salalah spędziłam na targowisku obok dworca autobusowego. Powtarzam się: ubóstwiam bazary, ich atmosferę, zapachy i kolory. Porobiłam zdjęcia: paniom z ukrycia, panom na ich specjalne życzenie, w tym jednemu staruszkowi w umundurowaniu z karabinem i sztyletem!

Ostatnie dni w Omanie spędziłam w Maskacie buszując w nowych rejonach. Udałam się, więc,  spacerkiem  do Marina, portu, gdzie Omańczycy i turyści korzystają z wodnych atrakcji. Mija się rondo Sohar z pomnikiem w postaci statku. Ten statek wypłynął w  1980 r.  z wybrzeży Omanu, aby dotrzeć do Chin, załoga nie używała żadnego nowoczesnego sprzętu, aby idealnie odtworzyć podróż Sindbada, zresztą postaci fikcyjnej. Uwieczniony w „Baśniach z 1001 nocy” uosabia postacie omańskich żeglarzy pływających po Ocenie Indyjskim. Tego dnia wykupiłam dwugodzinny rejs stateczkiem z podziwianiem wybrzeża, fortyfikacji, pałacu, ale przede wszystkim z podglądaniem delfinów. Były ich setki! Skakały wysoko i uciekały zwinnie w stylu „delfina”.

Ale to nie był dla mnie koniec dnia. Po kąpieli i przebraniu się w hotelu, około 17:00 wyjechałam do Parku Amarat. Każdego roku w okresie od połowy stycznia do połowy lutego w stolicy odbywa się festiwal. Czego tam nie było: odtwarzano scenki rodzajowe, np. beduini na pustyni, palenie ognisk, dawny sposób uprawy ziemi, woły pociągowe, ujeżdżanie wielbłądów. Pokazywano też dawne stroje omańskie, wyrabiano rękodzieła z drewna, np. łódki. Pełno było straganów: dla każdego coś się znalazło: biżuteria, ubranka, pachnidełka. Ja zainteresowałam się wyrobem tradycyjnych potraw omańskich: pierożków, placuszków, chlebków, naleśników - używając polskich określeń. Wyrabiano też chałwę, znaną mi z Nizwa. Nie omieszkałam skosztować jej na deser. Spróbowałam też usiąść na wielbłądzie. A na estradzie  odbywały się występy, niestety, trafiłam na zagraniczne zespoły:  z Iranu, Francji i akrobatów z Rosji. Późnym wieczorem efektowne fajerwerki oświetliły niebo.

Sobotę postanowiłam przeznaczyć na zwiedzanie miejscowości Mughsail, jakieś sto parę kilometrów od stolicy. Ale to nie forteca (wzniesiona w czasach przedislamskich, rozbudowywana w IX i XVI w.) była powodem, dla którego chciałam pojechać do Nakhal. To aini - gorące źródła wypływające z gór mnie zwabiły. Jest to ulubione miejsce wypoczynku w weekendy (piątek-sobota) mieszkańców stolicy. Ciepła woda zachęca do kąpieli: pluskają się mężczyźni i dzieci, rozebranych kobiet nie widziałam. Na brzegu siedzą i moczą nogi w ciepłej wodzie, a małe rybki podpływają i robią pedikiur. Za taką usługę w niektórych miejscach płaci się słono, a w Nakhal - jest za darmo. Spodobało mi się, jakie to miłe! Wody podobno mają właściwości lecznicze, są stosowane w leczeniu reumatyzmu. Młodzi ludzie siedzący pod drzewem umilali wszystkim czas swym śpiewem i tańcem; zauważyli, że kręciłam filmik i głośno się popisywali. Była też angielska wersja „Panie Janie”, i skierowany do mnie tekst piosenki „how are you?” czyli: „jak się masz?”. 

Wróciłam do Warszawy opalona i szczęśliwa, że odwiedziłam Oman i poznałam jego skarby: morze, góry przestrzenie pustynne, smak ryb oraz zapach prastarego kadzidła, nawet jeśli mnie dusił! Wspaniale, że spotkałam na swojej drodze tylu życzliwych ludzi.

fot.: autorka

Wyszukiwarka

Spis artykułów

Tutaj znajdziesz wszystkie artykuły z podziałem na kategorieSpis Artykułów

Nasi przyjaciele

Tutaj znajdziesz listę przyjaciół portaluNasi Przyjaciele

Nasi autorzy

Tutaj znajdziesz informacje o naszych autorachNasi Autorzy

ZATRZYMAJ SIĘ

AJAHN BRAHM - CZTERY SPOSOBY NA TO, JAK ODPUŚCIĆ ...

Zatrzymaj się

Trochę lingwistyki

Informacja o portalu

Redakcja informuje, że wszelkie prezentowane w artykułach poglądy należy postrzegać jako osobisty punkt widzenia autora danego artykułu, a nie linię programową portalu. Zapraszamy do współpracy osoby z różnych tradycji, o różnym punkcie widzenia.  O NAS