www.drogidozdrowia.pl

MÓJ PRZYJACIEL LONDYN - MAREK

WOJTEK MARYAŃSKI

Był to któryś z pierwszych dni lipca 1969 roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało spojrzałem w oczy skwarnemu Londynowi.

Oczy miał szare, przewiercające na wskroś. Czuło się w nich potęgę i moc. Nie było w nich wrogości ani też dystansu.

Wytrzymałem dłuższą chwilę to spojrzenie giganta pełnego olbrzymich, starych katedr, potężnych budynków nad spokojnie płynącą Tamizą, nazywaną tam Thames River, zaśmieconych, ale malowniczych zaułków, olbrzymich parków, gdzie Anglicy bezceremonialnie chodzili po trawie, pubów pamiętających Dickensa i niezwykle kolorowych sklepów na Regent czy Oxford Street. A to tylko niewielka część z tego, czym zauroczył mnie Londyn tak dalece,  że pokochałem go miłością wyjątkową, której jestem pewien, że trwać będzie do ostatniego tchu.

Był to czas, kiedy Londyn jadąc tłumnie metrem ubrany był w gustowne meloniki, szare, doskonale skrojone garnitury i zawsze miał przy sobie czarny parasol. Funt dzielił się na dwadzieścia szylingów a te z kolei na dwanaście miedzianych pensów.  Niektóre ceny, szczególnie drogich artykułów jak i honoraria przedstawicieli wolnych zawodów, lekarzy czy prawników, podawane były w guineach. Jedna guinea stanowiła dwadzieścia jeden szylingów czyli jeden funt i jeden szyling.

Jeszcze udało mi się trochę nawąchać odchodzącego w przeszłość Imperium Brytyjskiego, albo jak kto woli, mniej pompatycznie Old Merry England.  Londyn żył wtedy zupełnie inaczej. Przede wszystkim mniej hałaśliwie i mniej kolorowo w sensie dosłownym i przenośni.

Puby miały rygorystycznie przestrzegane godziny otwarcia, co szczególnie widać było w weekendy. Zamykano je o godzinie 1 po południu, by otworzyć je dopiero o godzinie 7 wieczorem.

Zamykano je o godzinie 11 wieczór. Zamknięcie obwieszczał dźwięk dzwonka . Po dzwonku nie było ludzkiej siły, by ktokolwiek zamówił jeszcze pint of beer. Jak koniec to koniec. Queen’s Regulations. Święte i szanowane.

Dziś Londyn jest pełen przybyszów z wielu krajów świata i byłych kolonii. Wtedy, kiedy poznawałem Londyn i zaprzyjaźniałem się z nim większość mieszkańców stanowili biali Londyńczycy mieszkający tam od pokoleń. Trochę z Dickensa. Trochę z Galsworthy’iego. Trochę z wędrującego Strandem T.S. Eliota.

Tak ten czas pamiętam, wyciągając z głębokiej pamięci, pierwsze momenty zetknięcia się z moim ukochanym miastem. Może to uzurpacja , ale uważam się za Londyńczyka i dużo wcześniej poznałem jego klimat, jego duszę, jego deszcze i jego krnąbrne chmury, dużo wcześniej niż połowa dzisiejszych Londyńczyków, którzy przyszli na świat po 1969 roku.

Spróbuję w moich londyńskich gawędach , opowiedzieć o tym co mnie w nim zafascynowało, co widziałem, kogo poznałem. A było to wielu fantastycznych ludzi.

Fot. autora.

Wyszukiwarka

Spis artykułów

Tutaj znajdziesz wszystkie artykuły z podziałem na kategorieSpis Artykułów

Nasi przyjaciele

Tutaj znajdziesz listę przyjaciół portaluNasi Przyjaciele

Nasi autorzy

Tutaj znajdziesz informacje o naszych autorachNasi Autorzy

ZATRZYMAJ SIĘ

AJAHN BRAHM - CZTERY SPOSOBY NA TO, JAK ODPUŚCIĆ ...

Zatrzymaj się

Trochę lingwistyki

Informacja o portalu

Redakcja informuje, że wszelkie prezentowane w artykułach poglądy należy postrzegać jako osobisty punkt widzenia autora danego artykułu, a nie linię programową portalu. Zapraszamy do współpracy osoby z różnych tradycji, o różnym punkcie widzenia.  O NAS